Damscy bokserzy z „Gazety Wyborczej”



– Słyszałem, że ma pani niezły prawy prosty – powiedział z uśmiechem mój 85-letni sąsiad. Był początek września 2017 r. Jego powitanie było reakcją na zdarzenie sprzed tygodnia, kiedy to agresywnemu facetowi… strzeliłam pięścią prosto w szczękę. Trafiłam i to nawet mocno. Uderzyłam w obronie własnej, po tym, gdy znienacka dostałam od niego z całej siły otwartą dłonią w twarz. Aż z wargi poleciała krew. Zdenerwował się, bo mu – jak mówił – jakaś „pierd… k…” zwróciła uwagę, żeby zachowywał się ciszej.

Byłam zaskoczona tym, że w ogóle trafiłam. Ale nie wiedziałam, co dalej, nie potrafiłam się bronić. I zapłaciłam za to srogo. Sąsiad miał nade mną przewagę fizyczną, był wyższy o głowę, silny. Wykręcił mi ręce, bił, przewrócił, kopał, wyzywał. Krew, podrapana skóra, wyrwane włosy, siniaki. Wszystkiemu przyglądali się jego koledzy. Żaden nie zareagował, nie powstrzymał agresora, nie stanął w mojej obronie.

Gdy przyjechała policja mówili, że agresywna baba przyszła w nocy i rzuciła się na niego z pięściami.

„Agresywna baba przyszła w nocy i rzuciła się z pięściami.”

– Brawo! Ale pani jest dzielna – triumfowali policjanci na komendzie. Zanim udało mi się złożyć zeznanie, musiałam opowiedzieć tę historię po kolei kilku funkcjonariuszom. Każdy zareagował tak samo: gratulował odwagi i tego, że dałam damskiemu bokserowi nauczkę. Tylko mój dzielnicowy nie podzielał tego entuzjazmu. – To mogło skończyć się tragicznie – zauważył rozsądnie.

Przemoc może mieć też inny charakter, nie tylko fizyczny. To też przemoc słowna, gdy cię ktoś wyzywa, albo ośmiesza. W obu przypadkach zostają ślady – na ciele i na duszy.

Przed laty przeczytałam na drugiej stronie „Gazety Wyborczej” komentarz dotyczący pani Zofii Romaszewskiej, zasłużonej opozycjonistki z czasów PRL. Pani Zofia została w nim określona jako „żona pisowskiego senatora”. Autor nie potrafił napisać o niej bez deprecjonowania jej jako kobiety. Tylko dlatego, że była zaangażowana po drugiej stronie sporu politycznego.

„Gazeta Wyborcza” ma na sztandarach hasła równości i tolerancji. W rzeczywistości pracujący tam dziennikarze są męskimi szowinistami, odmawiającymi kobietom prawa do szacunku i godności wtedy, gdy mają inne poglądy lub redaktorom wydaje się, że mają inne. Amok polityczny resetuje hasła ze sztandarów i pokazuje to, co naprawdę mają w głowach, sercach i schematach, które wynieśli z domów. Męski szowinizm i skłonność do przemocy.

Dorastałam z „Gazetą Wyborczą” w ręce. Pamiętam, jak w 1989 r. czytałam ją na przerwach na szkolnym boisku mojego liceum w Olsztynie. Zamarzyłam o pracy w niej. Po studiach, w 1998 r., wygrałam konkurs na reportera „Gazety Stołecznej”, a w 2006 r. zrobiłam wywiad z Kazimierzem Marcinkiewiczem, ówczesnym premierem, do „Wysokich Obcasów”. O kobietach –  a jakże – jakie są ważne w życiu mężczyzny.

Pożegnałam się z „Gazetą Wyborczą” dziesięć lat temu po tym, gdy zostałam zaatakowana przez damskiego boksera z tej redakcji, a decyzją redaktora wydania mogła ze mnie zarechotać cała Polska. Fajnie było, takie kopnięcie z wysokiego obcasa, jak trafnie skomentował mój mąż. Pechowo dla mnie byłam akurat w kiepskim stanie psychicznym, bo dwa miesiące wcześniej straciłam ciążę. Kopnięcie pana redaktora było więc bardzo skuteczne. Bolało długo i mocno.

Macie, koledzy z „Gazety Wyborczej”, problem ze sobą. Ostatni wasz popis to atak na Jolantę Turczynowicz-Kuryłło, szefową sztabu prezydenta Andrzeja Dudy. Agresywna baba pogryzła niewinnego mężczyznę – ten przekaz waszego szowinistycznego tekstu podchwyciła cała zgraja hejterów. Że kobieta broniła się przed napastnikiem osiłkiem, że broniła swojego dziecka – o tym już nie napisaliście. Polityczny amok znowu zresetował rozum i przyzwoitość.

W obronie własnej nie będę nigdy więcej sparaliżowana, potrafię się już bronić. A w obronie moich synów byłabym w stanie – jak każda matka – zrobić wszystko. Naprawdę wszystko. Odgryźć coś, a pewnie nawet więcej.

 

Kategorie