Pomoc humanitarna. Liban – kraj na krawędzi życia


„Liban to coś więcej niż kraj, to przesłanie” – słowa papieża Jana Pawła II usłyszałam od moich rozmówców w Libanie wiele razy. Odwoływali się do nich prezydent kraju Michael Aoun, minister rządu ds. spraw społecznych Hector Hajjar, maronicki patriarcha Antiochii kard. Béchara Boutros Raï, nuncjusz apostolski w Libanie abp Joseph Spiteri i melchicki patriarcha Antiochii Youssef Absi.

Jan Paweł II powiedział światu w 1997 roku: bierzcie przykład z Libanu, gdzie mimo różnic kulturowych, religijnych i etnicznych można budować wspólnotę. Prezydent kraju jest chrześcijaninem, premier – sunnitą, a szef parlamentu – szyitą. Podział władzy jest zapisany w konstytucji. I choć w praktyce – jak pokazuje historia – o porozumienie jest bardzo ciężko, Libańczycy traktują je jako ważne zobowiązanie.

Rzeczywistość Libanu – mimo pięknego krajobrazu, słonecznej pogody, pięknej kamiennej architektury, wielowiekowej historii i egzotycznej natury – ma kolor ciemnoszary, a po zmroku niemal czarny, bo w kraju brakuje prądu. Piętnastoletnia wojna domowa, konflikty z sąsiadami, zamachy na przywódców politycznych, pat przy obsadzaniu najważniejszych stanowisk w państwie, gigantyczna eksplozja w porcie w Bejrucie w 2020 roku, krach systemu finansowego, szalejąca inflacja, pandemia koronawirusa, ogromna liczba uchodźców z sąsiedniej Syrii koczujących przy granicy. Każdy z tych problemów oddzielnie byłby wyzwaniem, a co dopiero wszystkie naraz. I to w niewielkim, czteroipółmilionowym Libanie, w którym 80 procent mieszkańców żyje dziś poniżej granicy ubóstwa.

W Libanie gotówkę trzeba mieć w kieszeni. Obowiązuje kilka kursów dolara. Oficjalny to 1:1500, a ten na wolnym rynku w czasie naszej wizyty w połowie grudnia skoczył z 27 000 do 33 000 funtów libańskich za jednego dolara. Nawet, jeśli ktoś ma oszczędności w amerykańskiej walucie, to nie może ich wypłacić, bo konta bankowe są zamrożone.

– Zabierzcie nas stąd, to najlepsze, co możecie dla nas zrobić – mówiły kobiety w kościele, do którego zawieźliśmy pomoc humanitarną z Polski – żywność i chemię. Ludzie nie mają już siły, stracili nawet nadzieję.

– Brakuje nam wszystkiego, nie mamy nic – te słowa padały na każdym spotkaniu, z ust każdej osoby, z którą rozmawiałam. Do dziś mam w uszach odpowiedź prezydenta Aouna, gdy zapytałam go, czego potrzeba im najbardziej. Odpowiedział: żywności i leków. – I edukacji dla dzieci – dodał.

Piętnastego grudnia 2021 roku przywieźliśmy do Libanu dziesięć tysięcy paczek z żywnością i dziesięć tysięcy z chemią. Jedna paczka żywnościowa zawiera dwanaście kilogramów produktów, które nie wymagają przechowywania w lodówce i wystarczą do wyżywienia pięcioosobowej rodziny przez trzy tygodnie. Bób, ciecierzyca, czerwona fasola, kukurydza, kasza, soczewica, ryż, makaron, cukier, mąka, masło klarowane, koncentrat pomidorowy. Do tego półtoralitrowa butelka oleju roślinnego. Paczka z domową chemią to sześć dwulitrowych butli: środek odkażający, wybielacz, szampon, płyn do prania, płyn do naczyń, uniwersalny środek czyszczący.

Pomoc humanitarna z Polski trafiła do kilku kościołów w dwumilionowym Bejrucie, podarowaliśmy je też strażakom.

Część paczek rozdaliśmy w obozie dla uchodźców z Syrii w Dolinie Bekaa. – Wybierz mnie – szeptały mi do ucha dziewczynki, które myślały, że pomoc, którą przywieźliśmy, była tylko dla wybranych. Paczki dostały jednak wszystkie rodziny w obozie, jest ich około pięciuset.

O pomoc prosił też burmistrz Bejrutu Marwan Abboud, który przyjechał do jednostki straży pożarnej, gdy dowiedział się o naszej wizycie. Dziesięciu strażaków Beirut Fire Brigade – Emergency zginęło w czasie akcji ratunkowej w porcie. Siła wybuchu i fala uderzeniowa, która poszła w jedną stronę, a potem się odbiła i wróciła, były tak potężne, że zniszczyły wszystko, co napotkały na swojej drodze. Dowódca jednostki pokazał nam na ziemi kilka metalowych części, powyginanych rur. Tylko tyle zostało z jednego z wozów strażackich, które pojechały do portu. Nic więcej nie odnaleziono. „Ten wybuch był podobny do tego, co wydarzyło się w Japonii, w Hiroszimie i Nagasaki” – mówił burmistrz Abboud w jednej z telewizji tuż po wybuchu. Nie mógł powstrzymać łez i rozpaczy.

Zniszczone betonowe silosy na zboże, które jako jedyne pozostały po wybuchu, do dziś straszą w porcie.

Wskutek eksplozji zniszczony został ważny dla kraju port morski, dach nad głową straciło trzysta tysięcy mieszkańców miasta, zginęło ponad sto osób, a tysiące zostały ranne, odnosząc głównie rany oczu od szkła pędzącego z falą uderzeniową. Szyby wypadały z okien nawet wiele kilometrów od portu.

Od 2012 roku Liban jest głównym odbiorcą pomocy humanitarnej z Polski. Kiedyś ten kraj pomógł nam, gdy w 1942 roku przyjął sześć tysięcy polskich uchodźców, którzy dotarli tam z Armią Andersa ze Związku Sowieckiego. Znaleźli dach nad głową i miejsce do życia. Dziś pamiątką po ich pobycie jest polski cmentarz wojenny w Bejrucie. My pomagamy od 2012 roku: mieszkańcom kraju i dwóm milionom uchodźców z Syrii. W 2018 roku włączyliśmy Liban także do pomocy rozwojowej, m. in. budowy infrastruktury i kapitału ludzkiego. Na pomoc wydaliśmy dotychczas 70 milionów dolarów.

O pomoc zaapelował po katastrofie w porcie papież Franciszek. „Liban ma szczególną tożsamość, będącą owocem spotkania różnych kultur, która stała się wraz z upływem czasu wzorem wspólnego życia. Oczywiście, jak wiemy, to współistnienie jest teraz bardzo kruche, ale modlę się o to, by z Bożą pomocą i lojalnym udziałem wszystkich mógł się odrodzić wolny i silny kraj” – powiedział podczas audiencji generalnej.

Pomoc żywnościowa dla Libanu, z którą pojechałam w grudniu 2021 roku, była inicjatywą prezydenta Andrzeja Dudy. Premier Mateusz Morawiecki przeznaczył na ten cel 2,3 mln zł z rezerwy budżetowej. Organizatorem akcji pomocowej na miejscu był ks. prof. Waldemar Cisło, dyrektor polskiego oddziału stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie.

Liban, 15-17 grudnia 2021