Stołpce, 10 lutego 1940. Deportacja Polaków z Kresów


W nocy 10 lutego 1940 r. moja rodzina mieszkająca pod Stołpcami na Kresach II Rzeczypospolitej została aresztowana. Rozpoczęły się masowe, zorganizowane wywózki Polaków na Wschód.

Oto wspomnienie tych tragicznych dni spisane przez moją krewną, Julię Szymanowską. Wspomnienia te nie były jeszcze nigdy publikowane. Śródtytuły pochodzą ode mnie.

„Rok 1940. Ostra, obfita w śnieg zima, mrozy przekraczają czterdzieści stopni. Mieszkamy w osadzie Załucze, powiat Stołpce, województwo nowogródzkie. Jest to osada po oficerze armii Dowbór-Muśnickiego, a następnie w powstaniach śląskich, bracie mojej matki, Adamie Pankiewiczu. Na tym odludziu, odległym od najbliższej wioski o trzy kilometry jest nas pięcioro: ojciec Adrian Modzelewski, matka Janina Modzelewska, brat Aleksander Modzelewski i ja, Julia Szymanowska, z rocznym synkiem Markiem. Wysiedlona dwukrotnie przez władze sowieckie z własnego mieszkania w Stołpcach, musiałam szukać schronienia u rodziców. Mąż dostał się do oflagu po wojnie w 1939 roku.

Śnieg, mrozy i zaspy odcięły nas od świata, ale brat dociera pewnego dnia do najbliżej położonej wioski i przywozi wiadomość, że jest jakiś ruch, coś przygotowują. Matka mówi, że do nas nikt nie dotrze przez zaspy.

10 lutego 1940

Dotarli! O godzinie czwartej rano 10 lutego 1940 roku budzi nas łomot do drzwi. Otwiera brat. Wchodzi do nas kilku komisarzy NKWD oraz gromada żandarmów i żołnierzy. Na podwórku czeka kilka par sań. Komisarze każą nam wstać i ubrać się. Za każdym z nas chodzi żandarm. Nie mogę dokładnie ubrać się, bo nie odstępuje mnie żandarm. Wkładam tylko szlafrok i ciepłe trepy domowe. Żołnierze podnoszą z łóżka chorego na raka mego ojca.

Następnie ustawiają nas w rzędzie i odczytują wyrok: jesteśmy skazani na dożywotnią zsyłkę do polarnej krainy do pracy. Musimy wszystko zostawić, wolno zabrać ze sobą trzydzieści kilogramów, w tym ubranie i jedzenie.

Zaczyna się długa, trwająca około czterech godzin rewizja. Przewracają cały dom, rozsypują książki, zdjęcia rodzinne. Niektóre rzeczy zabierają, po innych depczą. Szukają i dopytują się o broń. Zabierają szablę pamiątkową po moim wuju Adamie Pankiewiczu. Brat ukrył w stodole pod sianem fuzję myśliwską, ale nie przyznajemy się do tego.

Eto wsio diengi

Matka pyta mnie, co pakować. Odpowiadam, że ciepłą odzież i jedzenie. Gdy odrzuca na bok pęk krawatów, pewien żołnierz mówi „Bierytie wsio, eto wsio diengi” (Bierzcie wszystko, to wszystko są pieniądze).

Matka i brat nasypują do woreczków kasze, mąkę, groch, fasolę. Brat zarzyna kilka indyków na drogę. W mieszkaniu jest coraz chłodniej, żandarmi i żołnierze co chwila otwierają drzwi, chodzą tam i z powrotem. Ojciec pyta, czy może napalić w piecu, bo małe dziecko (mój synek) marznie. Na to odpowiada jeden z żołnierzy: „Po co, zaraz stąd odjedziecie, a tam będziecie mieć centralne ogrzewanie, światło elektryczne, a nie naftową lampę, a do pracy będą was wozić z orkiestrą”. Do dziś nie wiem, czy to były kpiny czy taka wpojona wiara w „raj sowiecki”.

Wszyscy jesteśmy jak sparaliżowani, przerażeni. Ojciec poważnie chory, mój mały synek, a w Stołpcach chodzi do szkoły i mieszka u ciotki moja dwunastoletnia siostra.

Około ósmej każą nam wsiadać do sań. Wkładam na szlafrok palto, reszta ubrań zapakowana. Na dworze minus czterdzieści dwa stopnie. Otulamy dziecko baraniną, chcemy je przykryć z głową, ale ono boi się, krzyczy i nie daje zakryć twarzy.

Wiozą nas dziewiętnaście kilometrów do stacji w Stołpcach. Na torach stoi bardzo długi pociąg, składający się z towarowych wagonów. Otwierają jeden z nich i każą nam wchodzić. Kufer z ubraniem i jedzeniem zabierają do bagażowego wagonu, by później w drodze ukraść.

Stołpce pod karabinem

Wchodzimy ze strachem do oszronionego wagonu. Po obu stronach dwa piętra nar zbitych z desek. Po środku żelazny, okrągły piecyk z długą rurą. Obok jakaś rura zbita z czterech desek i wpuszczona w podłogę. Przygotowujemy legowisko na narach. W paltach, kożuchach i butach włazimy pod kołdry.

Co kilkanaście minut wpuszczają nową rodzinę. Dopiero tu dowiadujemy się, że deportacją zostali objęci osadnicy, leśniczowie i gajowi. Po pewnym czasie dostarczają wiązkę drewna, rozpalamy piec, długa rura rozgrzewa się, równocześnie zaczyna padać obfity deszcz z topniejącego szronu. Nie wiadomo, czy palić czy siedzieć w zimnie. Zresztą drewek jest mało i nie na długo wystarczają. Ściany i sufit znów pokrywają się szronem. Matka zatyka ogromne szpary w ścianach.

Gdy jechaliśmy przez Stołpce, matka prowadzona pod karabinem przez żandarma zachodzi po najmłodszą córkę, dwunastoletnią Halę. W ten sposób ciocia i mieszkająca z nią babcia dowiadują się o naszej niedoli i próbują nam pomóc. Przywożą na sankach kilka bochenków chleba, ale długo muszą błagać żandarmów, by otworzyli drzwi do wagonu. Otrzymaliśmy chleb, a podaliśmy zmarznięte, zarżnięte w nocy indyki (pięć sztuk). Całą noc ciocia i babcia skubią indyki i pieką w piecu chlebowym, by nam podać do wagonu. Następnego dnia znów ciągną sanki trzy kilometry do stacji w siarczysty mróz i znów błagają żandarmów, aby zezwolili podać jedzenie.

Wagony wypełniają się, przywożą coraz więcej „wrogów ludu”, często starych i chorych, kilka kobiet tuż po urodzeniu dziecka z niemowlętami skazanymi na śmierć w wagonie.

Zamarznięty wagon

Przeżywamy straszne rzeczy w wagonie. Jemy zmarznięty chleb i płatki zmarzniętych indyków. Długo żuję i przerabiam w ustach na ciepłą papkę to jedzenie, by później włożyć tę papkę do ust dziecku. Nie ma żadnego płynu. Na małym piecyku można trochę podgrzać wody, ale o zagotowaniu nie ma mowy. Jest nas około czterdzieści osób w wagonie. Wyjść nie możemy, bo ciężką zasuwą zamknięci jesteśmy na zewnątrz. Długi pociąg obstawiony jest z obu stron żołnierzami.

Najgorsza sprawa to załatwianie fizjologicznych potrzeb. Okazuje się, że ta drewniana rura pośrodku wagonu to ubikacja. Ludzie jeszcze nie stracili człowieczeństwa, krępują się w dzień korzystać z tej rury. Czekają więc do wieczora, aż będzie ciemno. Bolą nas pęcherze i brzuchy. Mój synek wciąż ma mokre majtki, nie ma gdzie wysuszyć pieluszki czy majtek. Zaczyna chorować, dostaje gorączki, jestem bezsilna.

Nada goraczewo mołoka

Raz lub dwa razy dziennie zjawiają się władze pociągu i pytają, czego nam brak. Mówię, że dziecko jest chore, na co odpowiadają, że przyślą „wracza”, tj. lekarza. Rzeczywiście na drugi dzień przychodzi „wracz” – młody, może 20-letni „wracz” od drzwi pyta, co dziecku. Nie podchodzi i nie bada. Gdy mówię, że dziecko jest przeziębione, odpowiada „Nada goraczewo mołoka” (Trzeba dać gorącego mleka). Odchodzi, zadowolony, że spełnił swój obowiązek. Były to oczywiste kpiny, bo o mleku nie można tam było marzyć, a cóż dopiero o gorącym.

Na drugi dzień naszego pobytu w wagonie wywołują i zabierają do NKWD jednego z gajowych. Rodzina jego zrozpaczona, że ich rozdzielą. Wraca jednak po kilku godzinach bardzo blady, nic nie mówi do nikogo, tylko chwyta się za dłonie, rozciera je. Okazuje się, że w jego gajówce znaleziono broń już po wywiezieniu ich do wagonu. Wzięty był na badania, gdzie zadawano mu tortury, ściskając jakimiś kleszczami dłonie, by przyznał się, że broń chowa na walkę z sowietami.

Coraz gorzej znosimy nieludzkie warunki. Dochodzi do chorób fizycznych i psychicznych.

Naśledniki

Kilka razy dziennie przychodzą kontrolerzy i sprawdzają listę. Na liście są moi rodzice, brat i siostra – jako „naśledniki”, czyli następcy Adama Pankiewicza, który walczył z nimi w polskiej armii przez kilka lat jako oficer.

Mnie nie ma na liście. Zaczynam upominać się o wypuszczenie mnie i dziecka. Mamy inne nazwiska. Za każdym razem przy sprawdzaniu listy upominam się o wypuszczenie mnie i dziecka z wagonu. Kierownik pociągu odpowiada na moje żądanie, że kto raz trafił do wagonu, nie może z niego wyjść. Inni kontrolerzy nic nie mówią. Wreszcie przychodzi sam główny komisarz NKWD. Znowu przedstawiam swoją sprawę, którą zainteresował się i mówi, że powinnam być zwolniona.

Jest już trzy doby naszej męki w wagonach. Na następny dzień znów przychodzi kierownik pociągu i powtarza się scena z poprzedniego dnia. Mówię mu, co orzekł naczelnik NKWD. Na to odpowiada mi, że tu jest on ważniejszy i na wypuszczenie mnie nie zgodzi się. Czwartego dnia znowu zjawia się komisarz NKWD i oznajmia, że jestem wolna, mogę opuścić z dzieckiem transport. Powtarzam mu słowa kierownika transportu i widzę na jego twarzy złość i zawziętość. Dwóch „władców” walczy teraz, który jest ważniejszy.

Po kilku godzinach odzywa się pukanie do drzwi i oznajmia jakiś głos, że jestem wolna. Tak, jestem wolna, ale wyjść nie mogę, bo drzwi zasunięte na sztabę. Tymczasem stan dziecka jest coraz gorszy. Pogorszył się też stan zdrowia ojca, który może jeść tylko potrawy płynne, nie może łykać suchego chleba i pieczonego, lecz zimnego mięsa.

Ludzki bolszewik

Następnego dnia rano pojawia się znowu komisarz NKWD. Jest zdziwiony, że jeszcze jestem w wagonie. Teraz już sam dopilnowuje otwarcia drzwi i wypuszczenia mnie, a nawet zatrzymuje jakiegoś człowieka na saniach i każe mnie z dzieckiem zawieźć pod wskazany przeze mnie adres. Wyjście moje uważam wprost za cud. Z trzech i pół tysiąca ludzi mnie jedną wypuszczono.

Tragiczne było moje pożegnanie z rodziną pozostającą w wagonie. Myślałam, że już nikogo z nich nie ujrzę. Rzeczywiście, ojciec i siostra zmarli na zesłaniu, matkę ujrzałam po siedmiu latach rozłąki, brata po czterdziestu sześciu. Musiałam ich zostawić, bo walczyłam o życie swego dziecka i miałam nadzieję spotkania się po wojnie z mężem.

Miejscowi lekarze – Polacy, Żydzi i Białorusini – okazali mi bezinteresowną pomoc, ratując mego synka chorego na zapalenie miedniczek nerkowych i zapalenie oskrzeli. Znajomi pospieszyli mi z pomocą, przynosząc pieniądze, ubranie i jedzenie. Płakałam wzruszona dobrocią ludzi. Byli jednak i tacy, którzy odsunęli się ode mnie, podejrzewając, że zwolniona zostałam dlatego, że przeszłam na służbę do bolszewików.

Nie rzucim ziemi

W trzy dni po moim wyjściu transport odszedł na wschód, a miejscowa gazeta podała, że Polacy dobrowolnie zgłosili się do pracy w głębi ZSRR i ze śpiewem i radością odjeżdżali. Ten śpiew to pieśń, którą śpiewało trzy i pół tysiąca ludzi, przekraczając naszą granicę w Kołosowie, a mianowicie: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”.

 

© Powyższy tekst wspomnień nie może być kopiowany bez mojej zgody.

*

Julia Szymanowska

Janina i Aleksander Modzelewscy z dziećmi

Janina i Aleksander Modzelewscy z dziećmi: Julią, Zygmuntem i Aleksandrem.

Julia Szymanowska była siostrzenicą mojej babci ze strony ojca, Amelii Gawinek. Urodziła się w 1916 r. w Zielonkowie (Ukraina) jako córka Janiny i Aleksandra Modzelewskich. W 1923 r. Modzelewscy przenieśli się do Polski, do Stołpców. W 1936 r. Julia rozpoczęła studia na SGGW w Warszawie. Po roku przerwała je z powodów finansowych. W 1938 r. wyszła za mąż za Teodora Szymanowskiego, celnika ze Stołpców. Teodor walczył w kampanii wrześniowej, był m.in. obrońcą Mławy. Trafił do niemieckiego obozu jenieckiego. Julia przeżyła wojnę w Stołpcach, wspólnie z moją babcią. W 1945 r. wyjechały do Polski. Julia spotkała się z mężem, a później z matką Janiną Modzelewską, która wróciła z zesłania przez Afrykę. Zamieszkali w Pułtusku pod Warszawą. Była nauczycielką. Zmarła w 2005 r.

*

Stołpce, majątek nad Niemnem, zesłanie

 

Kategorie