Safari w Serengeti. Stary lew i śniadanie z żyrafami


Stado kilkudziesięciu słonic z młodymi przy wodopoju. Piją, kąpią się, nabierają wodę do trąb i polewają się nią z góry. Małe słoniątka trzymają się blisko swoich mam i co chwilę piją mleko z piersi schowanej pod pachą. Popołudniowe ciepłe słońce grzeje mocno, słonice wachlują się wielkimi uszami.

W krzakach niedaleko stawu leży lew. Stary samiec. Siwy, zmęczony. – Będzie chciał zapolować na młodego słonia – mówi Ray, nasz przewodnik. Obserwujemy lwa z samochodu z kilkudziesięciu metrów. Po chwili samiec wstaje. Jest skupiony, przygląda się słoniom.

Wieje lekki wiatr. Słonice wyczuły niebezpieczeństwo. W jednej chwili po słonecznym relaksie nie ma już śladu. Po kolei wychodzą z wody, zbierają szyki i w małych grupach przechodzą w głąb sawanny. Najmniejsze słoniątka, niewiele większe od dużego psa, idą pomiędzy matkami i ciotkami. To te najmniejsze maluchy są celem starego lwa.

Ta nagła ewakuacja go zaktywizowała. Powoli, niezauważalnie, ale jest coraz bliżej słoni. Słonice są coraz bardziej nerwowe. Część z nich przechodzi na drugą stronę drogi, pomiędzy samochodami. W jednym z nich jesteśmy my, oniemiali z wrażenia i zachwytu. Ogromne słonie przechodzą tuż obok nas tak spokojnie, nasza obecność w ogóle nie robi na nich wrażenia. Ale atmosfera wcale nie jest sielska. W powietrzu czuć ogromne napięcie.

Lew podbiega, chce zaatakować. Jedna ze słonic, ogromna, chyba największa ze stada, rusza na niego, podnosi trąbę i głośno ryczy. Dołączają do niej kolejne i robią to samo. Lew widzi, że nie ma żartów. Struchlały przebiega pomiędzy samochodami na drugą stronę drogi. Tam się zatrzymuje, ale tylko na chwilę, bo słonice nie odpuszczają i idą za nim. Lew próbuje jeszcze oddalić się z godnością, ale w końcu podkula ogon i ucieka w popłochu. Słonice są jeszcze przez chwilę rozjuszone. W końcu stado kilkudziesięciu, może nawet stu słoni, się oddala. Słońce jest już coraz bliżej linii horyzontu. Muszą jeszcze znaleźć miejsce na bezpieczny nocleg.

Lew nie uciekł daleko. Wrócił na swoje miejsce na polanie, z której na początku obserwował słonie. Leży w promieniach zachodzącego słońca , porykuje pod nosem, smutno i cicho. – Jest głodny i nic już dzisiaj nie zje – mówi Ray.

My też powoli się zbieramy i wracamy do obozu. Jutro wczesnym rankiem wyruszamy w dalszą podróż. Opuścimy Serengeti i pojedziemy dalej – do następnego parku narodowego w Tanzanii.

Safari w Serengeti

W Parku Narodowym Serengeti spędziliśmy dwa dni, oglądając dzikie zwierzęta. Te wyprawy nazywa się safari, ale nie mają one nic wspólnego z polowaniem. To bezkrwawe łowy z aparatem fotograficznym w ręce. Każdy, kto tu przyjeżdża, chce zobaczyć wielką piątkę Afryki, czyli lwa, słonia, bawoła afrykańskiego, czarnego nosorożca i lamparta. Te zwierzęta żyją tu na wolności.

Dwa razy w roku można też oglądać migrację tysięcy dzikich zwierząt, które przemierzają sawannę w poszukiwaniu pożywienia i wody. Antylopy gnu, bawoły, zebry i inne.

Safari w Serengeti to moc przyrodniczych wrażeń, okupionych jeżdżeniem przez cały dzień po wertepach. Terenowym samochodem z napędem na cztery koła i z podnoszonym dachem. Spod kół unoszą się tumany kurzu. Rano jest zimno, w dzień gorąco. Płaska, rozległa sawanna jest porośnięta trawą, a tu i ówdzie rosną pojedyncze drzewa akacji afrykańskiej – z szeroką, spłaszczoną u góry koroną. Prawdziwa, dzika Afryka.

Gdzie nocowaliśmy? W sercu parku na… kempingu. Tak, w namiotach. Kati Kati Camp to jednak nie jest zwykłe pole namiotowe, tylko kilkanaście dużych namiotów. W każdym z nich jest przestronny pokój, okna, łazienka, normalne łóżka, biurko. Jeśli chcesz wziąć ciepły prysznic, musisz to najpierw zgłosić obsłudze. Ktoś przyniesie ciepłą wodę i wleje ją do baniaka na zewnątrz namiotu. I poczeka, żeby w razie potrzeby dolać.  W nocy po namiocie biegają polne myszy, ale co się dziwić – to ty mieszkasz na ich łące, a nie odwrotnie. Powrót z kolacji do namiotu odbywa się zawsze w towarzystwie pracownika kempingu – na wypadek, gdyby w nocy jakieś dzikie zwierzę postanowiło wyjść ci naprzeciw.

Rano przed naszym namiotem zobaczyliśmy wielkiego, czarnego bawoła. Na szczęście spokojnie przeżuwał trawę i nie zwracał na nas uwagi. Śniadanie jedliśmy przy stole przykrytym białym obrusem. Kelner przyniósł gorącą kawę, świeże pieczywo, jajecznicę, owoce. Jedliśmy spokojnie, słuchając odgłosów łąki i obserwując z daleka żyrafy, które też jadły śniadanie – oskubując z liści drzewa akacji.

Po śniadaniu spotkaliśmy się z nimi na sawannie.

Moje zdjęcia z safari w Serengeti:

Tanzania

Inne artykuły z pobytu w Tanzanii:

 

Kategorie